Od zawsze byłam zdania, że w towarzystwie, które ma zamiar sięgnąć po alkohol zawsze powinna być osoba rozgarnięta, niepijąca (bądź mało pijąca), która ma pod kontrolą sytuacje i zdarzenia. W towarzystwie, w którym przebywam ja, jak można się domyślić to ja jestem niepijąca, i ja za wszystko odpowiadam. I gdy przychodzi taki moment, że ktoś pada, nie ma siły się bronić, nie radzi sobie, bądź coś mu grozi, po prostu trzeba mu pomóc. Tak się mówi, gdy są lekcje resuscytacji, czy pierwszej pomocy, "Po co mi to, to nieprzydatne.", wiem. Też tak myślałam. Ale jak usłyszałam grzmot poniemieckiego kaloryfera, zgrzyt zębów, poczułam tryskającą krew to po prostu zaniemówiłam.
Wstałam, podniosłam jego głowę. Moja dłoń we krwi, jedna i druga. Od razu sprawdzam puls. Woda, chusteczki, cokolwiek, co tamuje krwotok. Chłopak był pod wpływem dużej ilości alkoholu. Krew ciekła wszędzie. Głębokie rozcięcie niedaleko skroni.
Jedno jest pewne. Nie pójdę już na półpiętro.
